Ponad 60 lat pracy zawodowej i wciąż nie mam dość!

Wywiad z Ryszardem Ronczewskim, aktorem teatralnym, filmowym i reżyserem.

Henryka Marson: Nie pochodzisz z rodziny artystów. Jak to się stało, że zostałeś aktorem?

Ryszard Ronczewski: To niezupełnie tak. Ciotka, siostra mojego ojca, studiowała scenografię  na Wydziale Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Batorego w Wilnie. Moja  matka, jako młode dziewczę, śpiewała amatorsko w operetce w Przemyślu. Więc coś tam jednak z tego pionu artystycznego w mojej rodzinie było.

Uzupełniliśmy więc o ten szczegół Twój życiorys. Rozumiem, dlaczego Twoi rodzice nie protestowali, kiedy razem z Twoją siostrą Aliną „wyfrunęliście” do szkół artystycznych.

– Tak. Alina przez pewien czas studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Wróciła i ukończyła w 1961 roku malarstwo.

Czy wiesz, w ilu filmach zagrałeś?

– Grałem w około 129 filmach.

Jest jakaś rola albo bohater, który utkwił Ci w pamięci i może się na nim wzorujesz?

– Jakaś rola? Nie mogę powiedzieć, że wzoruję się na jakiejś roli czy bohaterze, ale niektóre postaci bardzo lubię. Na przykład bardzo lubię pana Karola z telewizyjnego filmu „Ostatnie takie trio”. Pan Karol był trębaczem. Grał  na trąbce  –  takiej skrzydłowej, nie wentylowej, starej – był szefem orkiestry, w której skrzypce prowadził Zbigniew Zapasiewicz,  na bębnie grał autentyczny perkusista – a ja na trąbce. Trochę tam grałem naprawdę, a trochę było podłożone. Ten p. Karol mówił do perkusisty takim schrypniętym głosem: „trio to jest trio, ucz się młodziak” (śmiech).

Myślałam, że powiesz coś o „Lekarstwie na miłość”, gdzie grasz członka szajki. Bo może tam znalazłeś lekarstwo na miłość, z Jolą w związku małżeńskim jesteś już pół wieku.

– Właśnie dostaliśmy od Pana Prezydenta Polskiej Rzeczypospolitej bardzo piękny ozdobny dyplom, który łączy się z dwoma medalami za długoletnie pożycie małżeńskie. Medale zostały wręczone osobno na uroczystości w sopockim Urzędzie Miejskim; dostaliśmy również podziękowania
i gratulacje, że tak długo ze sobą wytrzymaliśmy (śmiech).

Ale wróćmy na chwilę do filmu „Lekarstwo na miłość”. Nie bardzo mogłem tam znaleźć lekarstwo, bo miłość była pomiędzy Łapickim a Jędrusik; ja grałem bandziora, który drukował pieniądze. Czy miało to być lekarstwem na miłość? No chyba nie! Chociaż drukowaliśmy tych pieniędzy nieprawdopodobne miliony. To oczywiście były fałszywe pieniądze, ale drukowane na takim jakimś dużym urządzeniu, do środka którego nałożono ogromną ilość 500-złotowych wydrukowanych banknotów na zużytej kliszy z mennicy NBP, bo coś tam się im zepsuło i banknoty były wydrukowane z jednej i z drugiej strony takie same. To było bardzo śmieszne, ale nie było to lekarstwo na  miłość.

Oprócz aktorstwa, które jest Twoim głównym zajęciem, zajmujesz się reżyserowaniem oper i piszesz scenariusze np. do czwartego odcinka serialu „Podróż za jeden uśmiech”. Co jest dla Ciebie trudniejsze albo ciekawsze z tych zajęć? Co daje Ci więcej satysfakcji, przyjemności, a może dumy?

– W zasadzie z tych kilku zawodów to chyba jestem głównie aktorem, bo w tej profesji najwięcej pracowałem. Chociaż na początku wydawało mi się – i teraz tego żałuję – że powinienem studiować muzykę. Uczyłem się śpiewu w klasie p. Janiny Cygańskiej w Średniej Szkole Muzycznej w Sopocie, potem w Łodzi w Szkole Teatralnej, która była na parterze budynku, a na piętrze było Konserwatorium Muzyczne i klasa śpiewu słynnego prof. Orłowa, u którego kontynuowałem lekcje śpiewu. Namawiano mnie, żebym rzucił aktorstwo i wziął się za dyrygenturę. Tej decyzji bardzo teraz żałuję. Dlatego, że później – w latach kiedy zacząłem reżyserować opery, operetki i musicale – kłóciłem się z dyrygentami – bywało, że wyganiałem ich zza pulpitu [śmiech] i sam prowadziłem orkiestrę, tak jak ja chciałem. To oczywiście spotykało się u niektórych z protestem, u niektórych z pobłażliwym uśmiechem, a u niektórych z awanturą. No ale jakoś do premiery dojeżdżaliśmy. I chociaż biegle czytam partyturę reżyserską i dyrygencką to jednak jest trochę za późno, by zostać dyrygentem.

Czy trudno jest napisać scenariusz? Siadasz i koncepcje przelewasz na papier czy to się rodzi się przez wiele lat, miesięcy, czy może nagle przychodzi?

– Musimy wyjaśnić – scenariusza do czwartego odcinka „Podróż za jeden uśmiech” nie pisałem. To jest scenariusz reżysera, ja tam trochę poprawiałem i wprowadziłem kilka małych scenek. Jeśli idzie o pisanie, to różnie bywa. Np. pełne libretto do opery „Latający wiatrak”, do której muzykę napisał Eugeniusz Głowski – a prapremiera światowa odbyła się w Operze Bałtyckiej – napisałem bardzo szybko, bo w sześć miesięcy. A obecnie libretto do musicalu „Bursztynowa legenda” piszę już prawie rok. Scenariuszy filmowych sporo napisałem. Część była realizowana w Studiu Krótkich Metraży SEMAFOR, część leży w szufladzie albo jest w komputerze i pozostaje jeszcze
nieodkryta przez producentów.

Mam nadzieję, że niedługo zostaną odkryte i będziemy je mogli obejrzeć. Twoja siostra jest scenografką, współpracujecie ze sobą? Jak układa się taka współpraca bliźniąt? Rozumiecie się bez słów?

– Pracowaliśmy wielokrotnie. Bywało, że się kłóciliśmy. Kłótnie były bardzo ostre. Alina była – bo w tej chwili już nie pracuje – bardzo rzetelnym scenografem. U niej wszystko musiało być bardzo terminowo, bardzo dokładnie przygotowane i zrobione. Nie tylko ja, ale i inni reżyserzy, którzy z nią pracowali, byli zadowoleni. Ma bardzo dużą wyobraźnię teatralno-sceniczną. Pod  względem technicznym wiadomo było, że scenografia nie opóźni premiery, kostiumy będą na czas. Pod tym względem znakomicie nam się pracowało.

To o co się kłóciliście?

– Najwięcej kłóciliśmy się  i najbardziej spieraliśmy się pod koniec – kiedy przychodził moment przed próbą trzecią generalną. Scenografia gotowa, kostiumy gotowe, trzeba stawiać światła. Wtedy nie było takiego zawodu, jaki dziś jest uprawiany w prawie wszystkich lepszych teatrach: reżyser światła. Światła ustawiał albo sam scenograf, albo razem z reżyserem. I tu następowały spięcia o kontry świetlne, formy, no i o inne detale ustawienia – bo ja musiałem mieć przestrzeń. Ale jakoś dojeżdżaliśmy do premiery. Jedno drugiemu ustępowało.

Ostatnio widziany jesteś w filmach produkcji niemieckiej. Gratuluję Ci absolutnie doskonałej roli w „Kadysz za przyjaciela”. Czy myślisz, że we współczesnym świecie jest możliwość takiego wybaczania, niesienia pomocy nieprzyjacielowi, który w dodatku gnębi, dokucza i niszczy mienie swojego – jak się później okaże wybawcy –  jak to zrobił Twój bohater?

Leo Kasin, reżyser filmu, który jest potomkiem odeskich Żydów, jako malutkie dziecko przyjechał do Berlina i tam zamieszkał. Miał świadomość pogromów przeciwko Żydom, które miały miejsce w Rosji carskiej i nie tylko. Myślę, że Kaddisch für einen Freund to jest film z pogranicza science fiction, to mit o możliwościach, które może zaistnieją, a które raczej nie bywają. To, co widzieliśmy na filmie, który był kręcony w Monachium we wnętrzu wynajętego dwupiętrowego domu, to było nic w porównaniu z tym, co widzieliśmy w rzeczywistości podczas kręcenia filmu  w Kreuzbergu, w Berlinie, gdzie watahy młodych bandytów tureckich, niemieckich, palestyńskich i serbskich tłukły się w sposób nie do opisania. Trudno było utrzymać porządek. Dzięki niewiarygodnej zdolności kierowników planu nie dochodziło do awantur z naszą ekipą. Film opowiada o starym, wydawałoby się niemającym powodów do nienawiści człowieku, którego jedyny syn został zabity w Izraelu przez Palestyńczyków – bohater filmu o tym nie mówi na początku filmu – i ja nie będę go opowiadał, bo może ktoś zechce obejrzeć.

Namawiam wszystkich, bo film ma bardzo głębokie przesłanie. Czy jest różnica między polską a niemiecką produkcją?

– Są to różnice na korzyść Niemców. Doskonała organizacja, dbanie o czas pracy. Jest on dłuższy i pracuje się od 8 do 20 z przerwą na obiad (na ogół bardzo dobry). Przerwa jest krótka. Tego pilnuje producent, który wykłada pieniądze: „bo ile można kaw wypić ? do roboty!” stwierdza. Jeśli chodzi o aktorów. Aktorzy są zawsze precyzyjnie osadzani w bardzo dobrym hotelu, mają świetny transport z planu na plan. Jeśli się przenosimy z planu, np. jak w serialu niemieckim W obliczu zbrodni, który kręciliśmy w Berlinie i bardzo często zmienialiśmy miejsce akcji – ekipa mistrzowsko przyjeżdżała, ustawiała, oświetlała itp., a każdy z aktorów miał małą ogrzewaną przyczepkę kempingową – taki mały pokoik-azyl, czego u nas nie ma. No ale to ze względu na koszty prawdopodobnie.

Żyjesz w rodzinie samych artystów. Więc zapytam Cię o teścia Horno-Popławskiego. Jaki to był teść? Dlaczego Horno?

– Horno to pseudonim. Stanisław Popławski jest rzeźbiarzem żyjącym w Krakowie. To samo imię i nazwisko. Pseudonim był jednocześnie ukłonem w stronę jego matki z d. Hornowska, w której Stanisław był wręcz rozmiłowany. Matka bardzo go kochała i on ją też. Opiekował się nią do końca jej życia. Chciał  w ten sposób podkreślić, że jest synem Hornowskiej

To bardzo piękny gest. Pobyt w Gruzji bardzo zaważył na życiu p. Horno-Popławskiego. Dlaczego? Co takiego jest, a raczej było w murach Kutaisi, że zostało przeniesione do czasów współczesnych i stało się wiekopomne?

– Stanisław urodził się w Kutaisi, bo tam ich zesłano. Potem rodzina przeniosła  się do Tblisi, czyli do Tiflisu. Długo tam mieszkali. Stanisław chodził po górach Kaukazu, pewnie przeczuwał, że będzie odczarowywał kamień i wydobywał z niego sobie tylko znane postaci. Ta jego ciągota do rzeźby już wtedy była tam widoczna. Stąd takie rozmiłowanie w górach Kaukazu, które przeniósł na polskie Tatry.

Wiele ludzi interesuje taka artystyczna wybitna rodzina – czy to tacy zwykli ludzie, czy są zamknięci w swoich pracowniach. Twoja żona pianistka – związana w dalszym ciągu z muzyką, Twoja teściowa rzeźbiarka, szwagrowie są artystami? Więc jak to było, gdy wszyscy np. zasiadali do wspólnego stołu ? O czym toczyła się dyskusja?

– Można spokojnie powiedzieć, że nikt z naszej rodziny nie był „artystą w życiu”, tzn. nie wiódł życia „artystowskiego”. Horno był człowiekiem sumiennym, obowiązkowym. Szedł rano na uczelnię, do pracowni, do studentów. Uczył ich, opiekował się często tymi biedniejszymi, coś tam podsuwał, zapraszał na obiad. Ale nie czuło się takiego „zgrywania się”. Oczywiście, że przy stole jak się zgromadziła taka czereda, to każdy opowiadał o swojej grządce. Jurek Afanasjew, mój szwagier opowiadał o swoich wierszach, czasami coś przeczytał, mówiliśmy o nowych rzeźbach, o scenografii, teatrze, ale też o zwykłym naszym życiu.

Jesteś seniorem pełnym wigoru i pasji tworzenia. Jaką masz radę dla swoich obecnych i przyszłych równolatków?

– Radę? Nie wiem (śmiech). Uważam, że gdzieś tam Opatrzność obdarzyła mnie jakąś ilością zdolności, które ja pieczołowicie staram się uzupełniać doświadczeniem, a nade wszystko raduję się życiem. Wydaje mi się, że jeśli ktoś – jeżeli mu oczywiście zdrowie dopisuje – bo mnie na szczęście dopisuje, chociaż to ode mnie tak bardzo nie zależy, więc jeżeli ktoś potrafi czerpać radość z tego, co robi i z otoczenia, nie być mrukiem, uśmiechać się częściej niż być zamyślony, to myślę, że jest to recepta na jakiś sposób życia.

Czy jeśli  ktoś ma tyle sukcesów co Ty, może mieć bezinteresownych przyjaciół?

– Na pewno! Ja bym wyjaśnił sprawę tych sukcesów, których nie jest tak wiele, bo przecież…

To chyba skromność przez Ciebie przemawia. Gdzie się człowiek nie ruszy, tam jest Ronczewski!

– To jest kwestia przypadku, bo ja się nie angażuję do filmów, to oni mnie angażują do epizodzików i większych ról. Ja robię tylko to, czego oni chcą. Jeśli chodzi o teatr, to też przez lata pracy podlegałem obsadzie, którą wyznaczał reżyser i dyrektor. Nie zawsze chciałem tę scenę czy tego bohatera zagrać, ale starałem się zagrać dobrze. Jeśli chodzi o sukcesy, to można powiedzieć, że są to pozytywne sploty okoliczności. Bo np. rola Aleksandra w „Kadysz za przyjaciela”.  Pojechałem na spotkanie z reżyserem na coś w rodzaju castingu, ale bez zdjęć próbnych. Miałem grać rolę Ili, trochę większy epizod. Z jakiegoś powodu reżyser Leo Kasin przy pierwszym spotkaniu zaproponował mi rolę Aleksandra. Ponieważ rozmawiam bardzo dobrze w języku niemieckim i rosyjskim, więc mogłem się z reżyserem porozumieć (Kasin jest Rosjaninem). Mówię do niego: człowieku, ta rola to jest potworna odpowiedzialność i nie chcę jej grać. Przegadaliśmy trzy dni i po trzech dniach razem szukaliśmy chłopca do roli przyjaciela/nieprzyjaciela. „Przejrzeliśmy” ok. 30 chłopców. „Kadysz za przyjaciela” pokazywany był na Festiwalu Filmowym Złotego Koguta
i Stu Kwiatów w Szanghaju. Spośród 2000 filmów i 120 filmów z wielu państw – Brazylii, Ameryki, Anglii, Chin, w grupie tych zagranicznych filmów, w której był pokazywany, otrzymałem nagrodę dla Najlepszego zagranicznego aktora.

Gratuluję!

– Oczywiście cieszę się, oczywiście jeszcze bardziej się cieszę, bo na dorocznym festiwalu w Berlinie Deutscher Filmpreis film „Kadysz” otrzymał  Złotego Lwa przy widowni około 5000 osób,  a w Cannes Złotą Palmę. Jasne, że to zarozumialstwo, ale jeszcze woda sodowa mi z tego powodu do głowy nie uderzyła.

Powiedz mi, jak pracuje się prawie nestorowi scen polskich z bardzo młodymi aktorami.

– Różnie. Faktem  jest, że ja już nie mogę grać, z racji wieku roli młodych; gdziekolwiek gram, to gram starych, ale rzadko się zdarza, że młodzi, patrząc na siwy łeb, nie starają się dystansować, żeby nie urazić, więc grają ,jak trzeba grać, a ja też gram z nimi tak, jak trzeba grać. Tutaj muszę powiedzieć, że w Niemczech jest troszkę lepiej. U nas młodzi aktorzy ze względu na popularność są ,delikatnie mówiąc, zarozumiali. Bywa, że i dzień dobry nie powiedzą. Natomiast w Niemczech czy we Francji, czy w Ameryce to jest po prostu szacunek do profesji.

Opowiesz nam jakąś anegdotkę z planu filmowego albo Twoją ciekawą i wesołą przygodę?

– Anegdotkę z planu teatralnego. Ona nie dotyczy mnie bezpośrednio, ale mojego serdecznego przyjaciela, który niestety spogląda już na nas z góry; to Stanisław Michalski wieloletni dyrektor Teatru Wybrzeże, kolega, przyjaciel. Staszek czasami bywało, że zamyślał się na scenie i wychodził poza przestrzeń sceniczną. W „Hamlecie” grywał różne role i na koniec w ogromnym przedstawieniu Nazara grał grabarza – postać bardzo ważną. Zrobiliśmy dziurę na proscenium, nasypaliśmy trochę piasku, na którym leżała słynna czaszka. Przychodzi Hamlet, Staszek siedzi zamyślony, nieoświetlony; gdy nadeszła jego kwestia, to reflektor oświetlił Staszka. Hamlet bierze do ręki czaszkę i wygłasza: A czyjaż to czaszka? Na co grabarz powinien odpowiedzieć Joryka. A Staszek patrzy i patrzy, i odpowiada: No właśnie czyja?! Hamlet zbiegł ze sceny, bo nie mógł opanować śmiechu.

Czas naszej rozmowy dobiegł końca. Dziękuję serdecznie za spotkanie.